Analizują dla Was: Alberto i Wrzos
Adres bloga: http://my-show.blog.onet.pl/
Oj, ludzie, ludzie. Tak
stwierdziłam, że moja piłkarzowa mania musi się gdzieś ulotnić (szkoda,
że nie ulotniła się gdzieś w eter ponad nami), dlatego napisałam to
opowiadanie i zaczęłam czytać inne. Mam nadzieję, że docenicie mój trud i
chociaż to przeczytacie xD
No
czytamy, czytamy...
Indżoj!
P.S. Uwaga. Część Londynu, w której
mieszka główna bohaterka jest wymyślona przeze mnie.
Bo
prawdziwe dzielnice Londynu są za mało mejnstrimowe. Po co się ograniczać,
dobudujmy nową dzielnicę.
Naprawdę nie lubię spacerować po
mieście, którego nie znam. Do którego dodatkowo przyjechałam około tydzień
temu. Londyn. Co to w ogóle jest? Jakieś deszczowe zadupie, co je nazywają
centrum kultury.
Ktoś
w ogóle słyszał o Londynie? Wiadomo powszechnie, że Lądek jest bardziej popularny.
A to,
że to stolica Anglii, to taki drobny, nic nieznaczący szczegół. Nie ma potrzeby
zawracać sobie nim głowy.
Ja nie wiem, nie mogłam sobie
wybrać Madrytu czy czegoś podobnego? Florydy chociaż? Hadesu?
Dziewiątego kręgu piekieł? A
nie jakiś LONDYN.
Dobra, problem w tym, że miałam
możliwość wyrwania się z Polski tylko do tego jednego miasta.
Tylko
do jednego? A ja myślałam, że ona już posiadła umiejętność bilokacji.
Cóż… Głupia telewizja. Nigdy jej
nie lubiłam, choć ten raz nawet udało jej się spełnić moje marzenie.
Czyżby
wyszła nowa reklama z Zygmuntem Hajzerem?
Nowa
reklama Biedronki!
Gdy zobaczyłam tę reklamę: „Konkurs
na najlepsze opowiadanie. Wygraj stypendium!”, myślałam, że umrę z radości.
No i to
był ten moment, w którym od myślenia trzeba było przejść do czynu.
Popieram.
Pierwsze, co zrobiłam, to rzuciłam
się do komputera, wpisałam podany na dole ekranu adres i poczęłam przeszukiwać
zawartość strony
CO
ona poczęła?!
Poczęła
opko!
poświęconej nietypowemu konkursowi
sponsorowanego przez Ministra Edukacji Narodowej.
Z
taką zdolnością odmieniania to zdecydowanie pretendowała do zajęcia pierwszego
miejsca.
Dlatego
też pula nagród wynosiła 51 złotych i 60 groszy.
I aż mnie cholera wzięła, gdy
przeczytałam reguły. „Pisz, o czym chcesz. Pisz JAK chcesz!”
Mnie
też bierze jak to czytam.
Minister
ma, co chciał.
Od razu nabrałam weny z
podręcznego wiaderka na
opowiadanie, niemalże przykleiłam się do klawiatury.
Przyssała
się jak glonojad.
Miałam
taką samą wizję.
Co
kropelka sklei, sklei!
Żadna siła
nie rozklei!
Siedziałam niemal do rana, przez co
zaspałam do szkoły (tak, że w ogóle do niej nie poszłam… cóż, obudziłam się o
godzinie trzynastej).
Spokojnie,
w szkole pewnie się ucieszyli z tego nieoczekiwanego prezentu.
Ale przynajmniej miałam wszystko
napisane. Sprawdziłam „na szybko” i wysłałam na podanego maila.
No
tak, Mary Sue to nawet pobieżnej korekty nie potrzebuje.
Mary
Sue pisze tylko idealne teksty.
Potem tylko trochę żałowałam, że
nie sprawdziłam pracy dokładniej, ale jaka radość wstąpiła we mnie, gdy
zadzwonił telefon!
A
pierwsza część zdania łączy się z drugą, gdyż...?
„Jesteś jedną ze zwycięzców, moje
dziecko”.
Yer a wizard, Harry.
Jesteś
wybrańcem, Neo.
Głos staruszka, lecz bardzo
przyjazny.
No
tak, bo większość staruszków to bynajmniej przyjazna nie jest.
Zwłaszcza
w środkach komunikacji miejskiej.
Pochwalił mnie za mój ładny
angielski akcent.
Moment,
moment. Co się dzieje?
Kto?
Co? Zgubiłam wątek.
W ogóle się cieszył, że taka miła
dziewczyna wygrała.
A
wiedział, że jest miła z dwóch zdań wypowiedzianych przez nią przez telefon.
Potem tylko formalności, mama nawet
nie pisnęła słowem, bym została.
Tylko
by się ośmieliła!
Wiedziała, że marzyłam o
JAKIMKOLWIEK wyjeździe od dawna, a ona nie była w stanie mi go ufundować. A
teraz załatwiłam go sobie sama.
I to
było tak ISTOTNE, że potrzebny do tego jest CAPSLOCK.
Tylko ja naprawdę nie
podejrzewałam, że się zgubię gdzieś w środku tego parszywego miasta.
Bo
mam przecież wbudowanego w mózgu GPSa.
I
nawigację w prawej ręce.
Jest połowa sierpnia, jest zimno,
jest mgła i dodatkowo mży. I, jak na cholerę, stoję sobie na przejściu dla
pieszych, a zielone światło jak się nie zapala, tak się nie zapala.
To
nic jej nie przejechało jeszcze?
Boją
się do niej zbliżyć.
Normalnie gorzej od zepsutej diody
w Xboxie 360.
To
możliwe, żeby było coś gorszego od zepsutej diody w Xboxie?
Zaraz rzucę komuś w okno koktajl
Mołotowa. No ile te dekle mogą jechać? Zatrzymaliby się. Ile ja stoję? Pół
godziny? IDIOCI!
Jak
śmiecie zatrzymywać Maryśkę na światłach! Gdzie ten czerwony dywan ja się
pytam? IDIOCI!
Mnie
bardziej intryguje wizja jadących dekli.
Ja przepraszam, że ja myślę tak o
kierowcach. Ja wiem, że trzeba być miłym i w ogóle. Ale ja CHOLERNIE NIENAWIDZĘ
CZEKANIA.
Mary
Sue nie czeka. Mary Sue przyspiesza czas.
Od
razu widać, że nigdy nie stała w kolejce pod dziekanatem.
O! Jest. Zielone. Cóż za
błogość. Dziarsko wkroczyłam w przestrzeń na jezdni namalowany (bo to
ten przestrzeń był) specjalnie
dla takiego człowieczka jak ja.
Szlak
jaki przemierza Maryśka oznaczany jest przecież specjalną różową farbą.
Powoli, wiedząc, że te cholerne
światła jak już się zapalają, to świecą się, zaiste, długo.
Długo,
to mi, zaiste, wzięło zrozumienie sensu tego zdania.
Ja
nadal nie rozumiem.
Byłam w połowie, gdy zielone
pożegnało się ze mną.
I
pomachało mi na pożegnanie swoją zieloną rączką.
Cóż, w końcu mogłam mieć coś z
nogami i iść wolno, nie?
Ciężki
paraliż.
Z
nogami to ja nie wiem, ale z głową na pewno.
Choć nie kuśtykałam… a co tam, na
pasach przechodziłam i to na ZIELONYM, a w moim przypadku zdarza się to bardzo
rzadko!
Bo ja
to zwykle przelatuję ponad przejściem dla pieszych.
Mnie
zazwyczaj przenoszą na rękach. Albo w lektyce.
Usłyszałam nagle pisk opon. Potem
poczułam straszny ból w udzie, jakby ktoś chwycił sobie moją kość i tak po
prostu złamał na kolanie.
Boże, Boże, nawiedza mnie wizja jakiegoś anatomicznie pokręconego tworu!
Dopiero kilka długich sekund
później zobaczyłam, że przygniotło mnie czarne audi TT.
Bo Mary
Sue nie przygniatają złe samochody.
Ona
ma jakąś wybiórczą zdolność percepcji. Że samochód ją przygniótł, to nie
zauważyła, ale że było to audi TT i to do tego czarne, to była w stanie
dostrzec nawet leżąc pod kołami.
Do oczu dostały mi się łzy bólu.
Wkradły
się tam podstępnie.
Nikt
nie widział kiedy.
Kurna! Lepiej już być nie mogło,
naprawdę! Dopiero jestem w tym kraju tydzień, a Anglicy już chcą mnie zabić.
Widać
zdążyli się już na niej poznać.
Rozpoznanie
zagrożenia: jest.
Przygotowanie
do ataku: rozpoczęte.
Likwidacja
obiektu: w trakcie.
Ej, przecież nie przyjechałam tu do
pracy! No i kibicuję Arsenalowi, jakby co!
Bo
gdyby przyjechała do pracy, byłoby jeszcze gorzej!
A jakby
nie kibicowała Arsenalowi, to już w ogóle.
To Rogera Guerreiro planowałam
zabić podczas pobytu w Warszawie, nie Francesca Fabregasa tutaj!
Bo
leżąc pod kołami samochodu z pewnością stanowiła dla niego śmiertelne
zagrożenie.
Owiewała
go od spodu złymi fluidami.
Jakiś facet w okularach
przeciwsłonecznych i garniaku wyleciał z samochodu, po czym rzucił się szczupakiem w moją stronę. Zapytał, czy
wszystko w porządku.
I
rozmawiał z nią, kiedy leżała tak na środku ulicy.
Nie odpowiedziałam, gdyż całe to
pytanie wydało mi się odległym snem.
Marzyłam
o nim dniami i nocami.
Zaiste,
niezbadane są ścieżki naszych myśli.
Słyszałam jak przez grubą warstwę
wody, nie widziałam prawie nic.
Bo
gruba warstwa wody mi zasłaniała.
Tylko ten facet… jakoś tak
nieprzyzwoicie znajomo wyglądał… jakby… wujek Franek. Ha, ha, ha.
Ah,
ten jego bezczelny nosek i perwersyjne uszka!
Franek
Smuda wyemigrował do Londynu i się ukrywa.
- EJ! NIE GIŃ MI TU! – Chwycił mnie
w ramiona i uniósł. Ryknął coś, że wzywanie karetki to sobie mogą (kto?)
wsadzić w tylną część ciała.
Bo
kości Merysójki potrafią zrastać się samoistnie.
Cóż, owe owo! słowo
ujął bardzo dosadnie. Oparłam głowę o jego tors. W tym momencie miałam
taką straszną pustkę w głowie, że jakby zajrzeć mi w oczy, to widać by było
drugą stronę ulicy.
A ja
myślałam, że to jej normalny stan.
A tak poza tym, to czułam
nieprzyzwoity ból.
Faktycznie,
nieprzyzwoicie ze strony bólu.
I nie kontaktowałam.
Chwilowa
przerwa w dostawie prądu.
Ach, bywa… Czekajcie. Ten mężczyzna
bardzo ładnie pachnie.
Dobrze,
że pachnie, zawsze mógłby nie pachnieć.
Albo
mógłby wręcz pachnieć brzydko.
Usadził mnie na miejsce pasażera,
potem sam szybko wskoczył na siedzenie kierowcy i z piskiem opon ruszył przed
siebie.
- Jak myślisz… jak myślisz, że
dzięki temu, że mnie ratujesz wymigasz się od płacenia to… to… to… - bełkotałam
– to dostaniesz w mordę…
O,
czyżbyśmy miały do czynienia z typem fanfiku, w którym bochaterka okazuje
pogardę celebrycie? Red alert, red alert!
Odpowiedział mi tylko serdeczny
śmiech. Albo raczej… nie wiem jaki.
Tubalny
rechot.
-
Hłehłehłe - zaśmiał się złowieszczo Franek Smuda.
Mężczyzna popruwał ulicami Londynu
do najbliższego szpitala.
Popruwał
ulice niczym stare prześcieradło, pozostawiając za sobą popękany asfalt.
Przed budynkiem jakoś tak, mniej
więcej, odzyskałam dość sporą część swojej świadomości.
A o
reszcie słuch zaginął.
Po
prostu o reszcie nikt nigdy nic nie słyszał.
- F… Fabregas? – Wyrwało mi się.
Niestety nie otrzymałam odpowiedzi, gdyż tenże chłopak zatrzymał się z piskiem
opon przed jakimś szpitalem.
- Jakiś
szpital! - oburzona spojrzałam na chłopaka - Jak to JAKIŚ?!
Młody mężczyzna, niemalże
BLIŹNIACZO podobny do Francesca Fabregasa (zaraz skończę kibicować TEJ
drużynie!), wyskoczył z pojazdu, by od drugiej strony wyjąć z niego mnie i
pobiec w stronę najbliższego człowieka, który zna się na „urazach
powypadkowych”.
To jest
chyba przykład nieudolnej próby peryfrazy
słowa "lekarz".
Jakiś starszy lekarz, możliwe, że około pięćdziesiątki,
przyjął mnie do siebie. Samo Fabregasowe coś chyba gadało o moim chłopaku,
którego nie posiadałam, i cały czas podążało za mną.
Fabregas zmienił płeć! To teraz
w modzie.
Nie dość, że zmienił płeć, to
jeszcze uczepił się jak rzep psiego ogona naszej Merysójki.
Nie wiem, o co dokładnie chodziło; te wydarzenia pamiętam
jakby przez mgłę.
Mgła zaprzecza jakoby brała
udział w tym zdarzeniu.
Gdy lekarz stwierdził, że to tylko niegroźne, acz bolesne
stłuczenie oraz skręcenie nogi w kostce, powiedział, że powinnam zostać trochę
pod opieką, gdyż chwilowo cierpiałam na pewien rodzaj szoku pourazowego.
Stłuczenie? A ja myślałam, że
ją tam na imadle łamali!
Co najmniej.
Ale zgadzam się z tym, że powinna zostać pod opieką.
Najlepiej w przytulnym pokoiku bez klamek.
Jakaś łysa (przynajmniej ja widziałam, że była bez włosów…)
z pomocą kilku innych, już bardziej owłosionych, zagipsowała mi kostkę,
Co, co, CO?
Łysa Góra.
Łysa Góra.
Z grupą wyszkolonych medycznie szympansów.
po czym osadzono mnie w sali, do której, jakżeby inaczej,
wpakował się tajemniczy klon.
Niezbyt tajemniczy dąb postanowił zostać w poczekalni.
Żeby zachować aurę tajemniczości klon zaszumiał złowróżbnie
liśćmi.
Pierwsze, co zrobił, to podszedł do mnie (aktualnie
udawałam, że śpię, próbując uniknąć konfrontacji z obcym).
To się dopiero nazywają bliskie spotkania trzeciego stopnia.
- Hej? Słyszysz mnie? – Szepnął delikatnie, szumiąc liśćmi
jeszcze ciszej. Jego brak akcentu doprowadzał mnie do dzikiego szału w
połączeniu z całkiem przyjemnym głosem.
Nie wiem od czego zacząć.
Dziki szał w połączeniu z przyjemnym głosem. Szyk zdania
popełnił harakiri. Logika poszła jego śladem i strzeliła sobie w łeb.
Ten ktoś ewidentnie był Hiszpanem albo czymś takim.
Ha! Czyli jednak zmienił płeć!
Otworzyłam jedno oko udając, że robię to od niechcenia.
Jedno oko.
Drugie było zasłonięte czarną przepaską.
W wolnym
czasie lubiłam czasem udawać pirata.
- Ta. Nie rozjechałeś mi uszu.
Ah, to sarkastyczne poczucie humoru.
Zwykle, by mówić takie kwestie do osoby, której kompletnie nie znałam, w dodatku mężczyzny i obcokrajowca, który ogłaszał wszem i wobec, że jest klonem skrzydłowego, środkowego czy czegoś tam Arsenalu London, przychodziły mi z wielkim trudem.
Nie wiem nawet jak to skomentować.
Natomiast teraz niemalże błogosławiłam swój szok pourazowy, choć mój dobór słów zmniejszył się o trzy czwarte.
To w ogóle możliwe...?
Hiszpan zaśmiał się.
Prawidłowa reakcja! Nareszcie!
W końcu!
- Bo wiesz, za drzwiami stoi masa dziennikarzy…
Już widzę te nagłówki. "Mary Sue Wspaniała potrącona przez jakąś marną piłkarzynę w czarnym samochodzie."
Przełknęłam ślinę. Chciałam się unieść, ale ta niegodna mego szacunku człeczyna powstrzymała mnie.
No to teraz się zacznie...
- DZIENNIKARZY? – Ryknęłam. – Brukowce pomyliły cię z Fabregasem?!
Spojrzał na mnie z politowaniem.
Jako i ja spoglądam.
Próbował zachować dobre maniery, ale na więcej nie było go stać.
- Cóż, fajnie by było…
Myślałam, że dostanę zawału. Takie rzeczy się nie zdarzają, w szczególności MNIE!
A to nowość! Mary Sue nie jest wyjątkową śnieżynką!
Przeczesałam niepewnie ręką potargane włosy. Poczułam bandaż na ręce (Nie przypominam sobie, bym coś zmajstrowała… ). Posłałam mordercze spojrzenie Fabregasowi.
Oho, punkt obowiązkowy programu - rzucanie morderczych spojrzeń.
Odhaczone.
- No co? – Spytał wzruszając ramionami. – Nie dość, że prawie cię rozjechałem, to oni jeszcze myślą, że jestem twoim chłopakiem.
Typowe. Przecież nikt inaczej nie umawia się na randki. Jeśli ktoś ci się podoba, musisz go potrącić samochodem.
- ŻE CO?
Teraz podniosłam się przełamując blokadę Hiszpana. Swoją drogą, ciekawa rzecz, ten szok.
Ciekawe co to za blokada.
Pewnie PIN miał za słaby.
Mary Sue zna wszystkie PINy!
- Miałem tak wyjść naprzeciw nich i powiedzieć, że rozjechałem jakąś panienkę? – Zrezygnował z trzymania mnie w bezpiecznej pozycji, po czym opadł na krzesło obok łóżka, na którym leżałam. – To by było co najmniej głupie, biorąc pod uwagę moją osobę.
- SAM JESTEŚ GŁUPI! – Ryknęłam bez zastanowienia.
Cięta riposta zawsze w cenie.
Poczułam jak coś kłuje mnie w sercu, więc z wrzeszczenia nici. Kurde, cholerne zniewolenie…
No tak, wewnętrzna niewolnica Isaura się w niej odezwała.
- Wyjdź stąd natychmiast, gnido. Nie zakłócaj mego idealnego bytu. Nie będzie problemu? JA BĘDĘ MIAŁA! – Nie wytrzymałam.
Ja to chyba sobie wyryję na czole.
Moja Dziura Po Mózgu właśnie popełniła rytualną śmierć.
Uniósł wysoko brwi.
- Mówię za bardzo trudnymi słowami? – Spytałam z irytacją.
- Mocno uderzyłaś się w głowę?
Kurczę, jednak facet ma klasę. Zadziwiające, zważywszy na fakt, że jest w opku.
Postać Fabregasa wymyka się najwidoczniej ałtoreczce.
Zdębiałam. Przecież nie uderzyłam się w głowę… prawda? Położyłam się i odwróciłam od niego w celu ukazania, że już nie mam siły na przemiłe gierki.
Milusia partia monopola? Kiziu-miziu z mahjongiem?
Alternatywna wersja chińczyka - hiszpanka!
Co dziwne, nie odezwał się ani słowem, tylko co chwilę wzdychał ciężko średnio co minutę.
A Wrzos ciężko lekko łapie się za głowę.
Przewidywał atak serca. Ciężko średni atak serca.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego on sobie nie idzie. Po co tu siedzi. Przecież nie musi.
Nie no, w końcu tylko prawie ją zabił.
Zestresowana dziwaczną obecnością piłkarza w końcu usnęłam.
Mi też się lepiej zasypia jak jestem zdenerwowana. Ten przyjemny ucisk w żołądku...
Niektórzy liczą barany, ale to zbyt pospolite.
(Dziewczyna budzi się, w tym czasie Fabregas rozmawia z lekarzem. Po chwili wraca do pokoju.)
- I jak się czujemy? – Spytał zadowolony z życia. Zmarszczyłam brwi.
- Nijak – wymamrotałam. – Mógłbyś na chwilę się przygasić?
Fabregas dorabia jako lampka nocna. Za mało mu płacą w Arsenalu.
Zrozumiał moją dziwaczną prośbę przestając się uśmiechać.
- Zaraz mnie poprosisz o rzucenie się przez okno – stwierdził ponuro. Miał taką minę jakbym zabiła jego matkę.
A kto cię tam wie, dziewczyno.
- O, tak, proszę bardzo.
Chłopak bez słowa udał się do okna i… wyskoczył przez nie. Potem wszedł z powrotem ciesząc się niezmiernie.
Jezu! Myślałam, że naprawdę!
No co ty! Dałaś się nabrać na taki niewinny element suspensu? :D
Fabregas, przygotuj się, nie wiadomo, co wymyśli ałtorka! Równie dobrze śmierć może okazać się wybawieniem.
- Co za kretyn… nie jesteśmy na piętrze… - chlasnęłam się w czoło. – Morderco, umrzyj.
Chlasnęłam.
I ja również!
Nakryłam głowę kołdrą.
- Ale przecież cię nie zabiłem…- powiedział z wyraźnym żalem.
Coś ciężkiego przysiadło obok moich nóg na łóżku.
To zmiennopłciowy Fabregas!
- Usiłowałeś! – Warknęłam spod nakrycia. Gdyby tak sobie poszedł, poczułabym się o niebo lepiej. Hm, jakby się dłużej nad tym zastanowić, to trzeba było w godzinach szczytu nie wlec się po pasach nawet na zielonym, więc po części to, że tutaj leżę i marudzę na tego pożal się Boże piłkarza, to moja wina.
Co tam, on tylko przejechał przechodnia na czerwonym świetle. No big deal. Nie jego wina w końcu.
- Wiesz, uderzyło we mnie takie dziwne poczucie winy jak lekarz zadzwonił do twoich rodziców.
Przywaliło mu z plaskacza.
- Państwa córce nic nie jest...
- Helena! Znowu nie wyszło!
(Tu następuje fragment, w którym Maryśka prosi Cesca o przyniesienie jej rzeczy. Kiedy ten wychodzi, Mary Sue planuje ucieczkę ze szpitala.)
- Proszę – podał mi wyświechtany plecaczek i starą bluzę, którą ciągnęłam ze sobą po niemal wszystkich miejscach, do których się udawałam.
Ona ciągnęła za sobą bluzę tak jak on popruwał ten asfalt.
To całe opko jest cienkimi nićmi szyte.
Gdy tylko zamknął za sobą drzwi przystąpiłam do realizowania planu. Zdjęłam z siebie obrzydliwą koszulę szpitalną dziękując w duchu wszystkiemu, czemu się dało za to, że nie miałam w ciele żadnych obrzydliwych węflonów.
Obrzydliwego czego?
Założyłam swoją koszulkę, dżinsy, owinęłam się bluzą, jeszcze na wszelki wypadek sprawdziłam, czy aby na pewno plecaczek jest z całą swoją pierwotną zawartością i skierowałam się do okna.
Skacz na główkę!
Pod oknem na ulicy zebrał się już niezły tłum, który skandował głośno "Idź na całość!"
Co z tego, że trzeba było troszeczkę skoczyć i że nie do końca utrzymywałam się na własnych nogach.
Tylko na tych od stolika.
Jak najszybciej mogłam udałam się do wyjścia, czmychnęłam obok strażnika, który rozmawiał właśnie z kimś żywo przez telefon i przywitałam się z wolnością.
- O wolności, witaj.
Wolność rozejrzała się na boki, zastanawiając się co za wariatka do niej przemawia.
O kurde. Co to za część Londnu? Nie znam jej. Jestem tu dopiero tydzień, skąd mam wiedzieć, co to za szpital? Cholera jasna. Pierwszy raz w życiu uciekam skądś, skąd naprawdę nie powinnam, a to wszystko kończy się klapą od sedesu.
Stosowne miejsce dla tej historii.
Zaraz zjawi się ordynator szpitala i każe mnie wywalić z powrotem do domu. WSPANIALE. Nie chcę wracać do Polski, co to, to nie.
Te babcine obiadki. Bleh!
Pogardziła polami malowanymi zbożem rozmaitem. To się nazywa fobia. Polofobia.
Postanowiłam się nie poddawać i popytać ludzi, gdzie jest Jefferson Street, miejsce, gdzie mieścił się mój internat oraz szkoła. Ku mej rozpaczy przechodnie podawali tę samą, okropnie długą drogę, którą najlepiej przebyć taksówką. Taksówką, na którą nie miałam pieniędzy.
Bo na nogach to nie w stylu Mary Sue.
Będąc w beznadziejnej sytuacji przysiadłam na kwietniku i poczęłam rozmyślać.
Rozmyślać bronił się wszelkimi siłami przed poczęciem na kwietniku.
Przyjrzałam się stopie w przybrudzonym już gipsie. Mamo, ale ja jestem głupia.
Córko, dobrze, że nareszcie to zrozumiałaś.
Słusznie prawisz, Milordzie.
Muszę teraz stawić czoło własnej głupocie…
I tym optymistycznym akcentem nasza bochaterka zakończyła swój wywód, jako i my kończymy analizę jej blogaska.
Z pokładu jeżdżącego dekla pozdrawiają Was Wrzos i Alberto.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz